Jesień już puka do mych drzwi! Z radości serce drży :) Zastanawialiście już nad jesiennymi aranżacjami? Komu brakuje inspiracji, niebawem pokażę Wam, co zebrałam.
Na Instagramie u pań skandynawskich domów, które obserwuje jesienka maluje już drzewa w piękne barwy. U nas wciąż jeszcze zielono, a jednak czuć, że lato odchodzi w niepamięć....
Podczas spaceru szukałam oznak jesieni. Liść na drzewie mocno trzyma, nie tak prędko przyjdzie zima! Natura jednak powoli przemienia swoje kolory.... Lubię patrzeć na te zmiany :)
Spieszę dziś do Was z wynikami Candy, więc już nie przedłużam. Chętnych na ceramiczne naczynka z bolesławieckiej wytwórni nie brakowało. Spośród przeszło pięćdziesięciu osób los uśmiechnął się do.... Kasmatki. Gratulacje! Proszę o kontakt e-mail. Pozostałym dziękuję za udział w zabawie i już teraz zapraszam na kolejne rozdania.
Tymczasem pędzę na spacer w poszukiwaniu nowych zwiastunów, może znajdę czerwoniutką jarzębinę? :) Pięknego wieczoru! ♥
Jedziemy zobaczyć jajo? - zapytałam dwuletniego synka koleżanki. Entuzjastyczne tak, oznaczało jedno :) Jedziemy! Pogoda dopisała, jesteśmy w rejonie Lwówka Śląskiego, więc musimy w końcu odwiedzić dom, który już dawno wpadł mi w oko w jednym z turystycznych folderów.
Płóczki Górne wcale nie łatwo znaleźć. Wpisując w nawigacji nazwę: niespodzianka - błąd. Nie ma takiej miejscowości? Jak to? Płukać sobie możemy :), ale Płóczka to dopływ Bobru, urokliwy potok płynący przez Pogórze Izerskie, gdzie niegdyś szukano złota.
Jedziemy w górę i w górę, a droga staje się coraz ciaśniejsza. Po każdej stronie stoją domy, co jeden urokliwszy. Im starszy, tym bardziej piejemy z zachwytu. Mogłabym tu mieszkać! - powtarzała z dziesięć razy kierująca autem Asia, moja współtowarzyszka podróży.
Wieś zdaje się nie mieć końca, pamiętam z moich "notatek Arcadii", że to numer 102, ale setki nie widać. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta wieś leży na końcu świata?
Stromą szosą pniemy się w górę. Uchylając okno, upewniam się, że jedziemy w dobrym kierunku. Tu każdy wie, gdzie jest Zielone Jajo, więc tylko powtarzają nam: dalej i dalej. W końcu zza krzaków wyłania nam się numer, jakiego szukamy. Przed bramą dopadają nas wątpliwości. Czy oby na pewno nas wpuszczą? Telefonu nikt nie odbierał, więc nie jesteśmy nawet pewne, czy nam otworzą. Słychać tylko szczekanie wielgaśnego psa. No to chyba po wycieczce, nie ma nikogo. Już mamy odchodzić, gdy a podwórku pojawia się młoda dziewczyna ubrana w staropolski fartuszek. Słysząc cel naszej wizyty, zaprasza nas do środka.
Ależ dom! 200-letni! Wielkie zabytkowe siedlisko. Raj dla miłośników historii i wiejskich klimatów.
Spacerujemy po ogrodzie, same nie wiedząc, co nam się bardziej podoba. Gdzie możemy wejść, co zobaczyć? Nagle na podwórko wjeżdża zielone auto terenowe i w naszą stronę dumnym krokiem kieruje się jakiś mężczyzna. Od razu widać, że to właściciel. Wita nas serdecznie i zaczyna swoją opowieść...
Długo z żoną szukali swojego miejsca na ziemi. Pierwotnie miała być to Afryka, gdzie mieszkali przez kilka lat. Maroko - to tam mieli się osiedlić. Nie udawało się. Zatem Hiszpania, w końcu to już Europa, a tak blisko do ukochanej Afryki. Długo oglądali nieruchomości, ale żadna nie miała tego "czegoś".
Gdy przyjechali do rodzinnej Warszawy, przypadkiem dowiedzieli się o jakimś domu z pruskim murem. Żona pana Antoniego, bo tak ma na imię nasz bohater, nie chciała nawet słyszeć o jakiejś wsi na Dolnym Śląsku. Jednak gdy zobaczyła to miejsce.... musiała się zakochać! :)
Gościniec został odrestaurowany od podstaw z zachowaniem konstrukcji szachulcowej.
Według przekazów historycznych
został zbudowany prawdopodobnie z udziałem francuskich żołnierzy,
którzy w 1813 roku po przegranej bitwie nad Bobrem w Wojnach
Napoleońskich, stali się jeńcami Prus. Przy odrestaurowaniu odsłonięto ściany z niewypalonej cegły i gliny zmieszanej z trocinami, a
w sieni odnowiono podłogę z wielkich płyt z piaskowca.
Pan domu podkreśla też fakt, że tego samego piaskowca z okolic Lwówka, użyto swojego czasu
w Berlinie przy wznoszeniu gmachu Reichstagu i Bramy Brandenburskiej.
Na dole podłoga jest z kamienia, na górnych partiach wszędzie zachowano oryginalne, stare deski.
Na parterze znajduje się sień i karczma dla gości, a na piętrze pokoje gościnne. Stylowo urządzone pomieszczenia świetnie oddają klimat całego domu. Zwrócono szczególną uwagę na detale. Każdy pokój wyposażony jest zgodnie z klimatem charakterystycznym dla wiejskich domów z tego regionu. Całość umeblowano pamiątkami z podróży i meblami z epoki. Sień wypełniona jest potężnymi belkami stropowymi, a małe okienka wprowadzają ciepłą i przytulną ponadczasową atmosferę.
Wokół góry, lasy i łąki. Spokój i relaks gwarantowany. Z dala od ruchliwych dróg, można po prostu wsłuchać się w ciszę. W zacisznej dolinie stacjonują sowy, a nawet orły. Kto lubi aktywnie spędzać czas, może wybrać się do lasu na grzyby, pozbierać jagód, posłuchać szumiącego potoku. Kto chciałaby dokładniej zwiedzić Krainę Wygasłych Wulkanów może wybrać się na wycieczkę po bezdrożach Pogórza Izerskiego autem terenowym. Takie wycieczki oferuje sam właściciel posesji, którego wielką pasją są Land Rovery. To właśnie od nich pochodzi nazwa Zielone Jajo.
Ciężko opuszczać nam tę enklawę spokoju i harmonii, ale Czaruś, nasz najmłodszy turysta dopytuje, kiedy w końcu dostanie jajo? :) Musimy zatem żegnać się i ruszać w dół. Zauroczone pięknem całą drogę jeszcze wspominamy gościniec, który pochłonął nas w inny wymiar czasu....
Mimozami jesień się zaczyna. Złotawa, krucha i miła... - na pewno pamiętacie, jak śpiewał Czesław Niemen.
Dla mnie co roku jesień nawłocią się zaczyna :). Zawsze pod koniec lata na polach rozrasta się piękna, dzika roślina. Swoim żółtym kolorem wpada w oko. Znacie ją? Tak, to nawłoć kanadyjska. W Polsce zyskała sławę, jako "Polska Mimoza". Uwielbiam te piękne polne kwiaty. Jak kto chce niech nazywa je chwastami :). Polecam Wam do domowych dekoracji.
Kiedyś taka rosła w moim ogrodzie, teraz podziwiam ją na spacerach. Nie mogłam się oprzeć i zrobiłam z niej wielki bukiet. Uważam ją za zwiastun jesieni. Kocham jesień! Od kilku dni codziennie to powtarzam i pewnie jeszcze długo będę to powtarzać. Czuję ją już każdą cząstką mojego ciała. Zbliża się, jest tuż tuż....
Pierwszy zwiastun jaki znalazłam wylądował u mnie w dzbanie, który uwieczniłam na fotografii.
Po ostatnich reportażach, które odbiły się echem także poza blogosferą :) Czeka już w kolejce następny. Wreszcie doczekacie się kolejnego z obiecanej serii: "Arkadyjskie domy". Poniżej mała zapowiedź uroczego siedliska, które razem zwiedzimy!
Wybaczycie mi jednak, gdy powiem, że publikacja w przyszłym tygodniu. Czas pochłonęła mi pomoc przy organizacji charytatywnej akcji dla Maksa, pięcioletniego chłopca chorego na nowotwór, który w wyniku choroby stracił nóżkę. Zwieńczenie naszych starań już jutro podczas turnieju w Jeleniej Górze. Kto ma ochotę pomóc i lubi sport zapraszam do licytacji sportowych gadżetów na allegro - aukcje dla Maksia.
Przez kilka dni możecie jeszcze zapisywać się na Bolesławieckie Candy, gdzie do wygrania są ceramiczne naczynka. Mi się poszczęściło. Wczoraj dostałam paczkę od Emilki z bloga so shabby, so chic. Białe naczynka, jak pisałam zgłaszając chęć w rozdaniu, oświetliły mi nadzieję na lepszą kuchnię, w domyśle, oczywiście też jasną. :)
Pięknej niedzieli Wam życzę. Ruszcie na spacer, polnych kwiatów wystarczy dla nas wszystkich! ♥
"Jedzie pociąg jedzie. Pędzi po dwóch szynach. Będzie punktualnie, nic go nie zatrzyma. Nic go nie zatrzyma, ni węgiel na torach. Ani też rolnicy na starych traktorach...." - nuciłam sobie tę starą piosenkę, czekając dziś na dworcu w Jeleniej Górze.
Najpierw kompletna cisza. Hmm czyżbyśmy przybyli pierwsi? Nie słuchać zapowiadacza, nie widać żadnego pociągu. Czy oby na pewno ciuchcia mi się nie przyśniła?
Po chwili uspokajam się, gdy słyszę rozmowę dwóch starszych pań, ubranych w piękne odświętne sukienki - O której ten pociąg? Nie, proszę pani, miał jechać o 10! - Ale co pani opowiada, umówiliśmy się po 11.
Peron powoli się zapełniał. Co chwilę zjawiali się nowi podróżujący. Wszyscy ubrani w stroje z epoki. Jak zagubieni w czasie! Można było odnieść wrażenie, że znów mamy lata sześćdziesiąte i nic się nie zmieniło....
Zaoferowani rozmową, nie słyszą nawet zapowiedzi: Pociąg Liczyrzepa opóźniony o 40 minut. W kilka chwil dworzec zamienił się w stację kolejową z przeszłości.
Humory dopisywały wszystkim. Kolejny komunikat: Liczyrzepa przyjedzie za godzinę. Reakcja: salwa śmiechu! Oj to naprawdę musi być zabytkowy pociąg, dlatego tak długo nadjeżdża. W końcu ktoś musiał się bardzo napracować, by owa lokomotywa ruszyła.
Niespotykana atmosfera towarzyszyła przez cały czas oczekiwania. Warto było zostać. Gdy retro parowóz nadjechał tłumy rodzin z dziećmi rzuciły się do zdjęć. W końcu to niecodzienna okazja....
Uf, jak gorąco.... Dym zapełnił peron. - Kiedyś to był klimat podróży!
Pociąg ruszył dalej, do Szklarskiej Poręby... Jedzie pociąg jedzie. Pędzi po dwóch szynach. Będzie spóźniony, ale nic już nic go nie zatrzyma....